
Na początku był chaos, ale później wszystko zaczęło się klarować. Pierwszym etapem domku był szkielet, to wszak na nim wszystko będzie montowane. Wybór materiałów nie był do końca wyborem, ponieważ dostałem 48 belek 12x6cm o długości 3m i z tego trzeba było coś zbudować.

Gdy zaczynałem budowę nie wiedziałem dokładnie jak ma wyglądać domek w swojej końcowej formie . Nie spieszyło mi się, wiec starałem się wszystkie kolejne kroki wykonywać w myśl zasady “Jakoś to będzie”. Polegało to głownie na wyszukiwaniu “okazji” z olx-a – w końcu śmieć jednego człowieka, jest skarbem drugiego. Rzeczy kupionych w sklepie jest przy tym projekcie bardzo mało. Mogę jednak śmiało stwierdzić, że szczęście na olx-ie przy budowie domku dopisywało.
Wiedziałem za to, że cały proces budowania szkieletu to postawienie 4 ścian, podłogi i dachu. 6 elementów. Prościzna – pomyślałem, przecież wszystkie dostępne poradniki są w internetach, a piła była jeszcze względnie ostra. Zacząłem więc ciąć. Na jedna ścianę składało się 8 belek, ścian było 6. Razem 48 sztuk – tyle miałem, wiec można było lecieć dalej. Nie sadziłem jednak, że problemem może być ich gabaryt. Gdy wpadłem w kandyjsko-amerykański wir filmów o budowaniu Tiny House-ów, zaobserwowałem, że tym, którzy budowali domek samodzielnie szlo całkiem nieźle, a Ci którym w pracy pomagały dodatkowe osoby, z lekką łatwością przechodzili przez kolejne etapy budowy. Ja budowałem sam, ale nie wziąłem pod uwagę, że moje belki, były troszkę grubsze i troszkę dłuższe od tych używanych za granicą.

Jeżeli oni budowali na wymagające warunki klimatyczne, to ja chyba zacząłem budowę świątyni Wang, która miała przetrwać Tsunami. No ale mówi się trudno i buduje się dalej. Samo przygotowania kolejnych ścian szło łatwo, ale niezbyt szybko. Pomimo posiadania piły stołowej, uznałem ze cięcie narzędziami ręcznymi, będzie bardziej wynagradzające.
Najpierw powstała podłoga, następnie dach, a potem ściana numer 1. Poszukiwania na olx-ie ciągle trwały. Wspomniana wcześniej sterta drewna leząca obok belek trafiła się okazyjnie, gdy po raz pierwszy rozszerzyłem zakres wyszukiwania na cale województwo. Gdy po zbudowaniu polowy szkieletu, zająłem się wyszukiwaniem okien, ponownie zmieniłem zakres wyszukiwań na te spoza miejsca zamieszkania. Bingo! Udało się znaleźć okno za darmochę. Ba, były ich nawet trzy. Identyczne na całą szerokość ściany. Udało się pożyczyć brata z busem i wybraliśmy się po okienka do nowo remontowanego domu. Pan z ogłoszenia wyjaśnił, że tylko tu nadzoruje budowę, ale okna są do zabrania, bo nowy właściciel wymienia na nowe. Idealnie! Jedno okno było na podjeździe, a dwa pozostałe oparte o ścianę domu – raptem kilkanaście metrów dalej. Kruczek był z nimi tylko taki, że trzeba je było przenieść lekko na około, żeby nie uszkodzić trawnika. No problem. Brat jest silny, ja również – damy rade – pomyślałem.

Najpierw okno numer 1. Do busa 3 metry. Chwytamy się okna, podnosimy i dupa. Pierwsza myśl, kto to kuźwa przykleił do podjazdu. Spróbujemy na 3. Raz, dwa i trzy – drgnęło. Dobra wiadomość jest taka, ze przyklejone nie jest. Zła, że jest pieruńsko ciężkie. Szybki skan otoczenia, w kontenerze leżą jakieś belki. Super – zrobię dźwignię i podniesiemy pół metra na pakę. Przesunęliśmy pod busa, chwytamy, podnosimy – działa, jest dobrze. Nagle ni stad ni zowąd, ulewa. Taka po prostu, kurwa, letnia ulewa. Bez ostrzeżenia, bez żadnego znaku. 5 minut lania, akurat jak trzymamy z bratem okno 260x220cm, ledwo stojąc na nogach, bo okno nie pomaga. Jak pan z ogłoszenia nas zobaczył, to chyba go sumienie ruszyło i pomógł nam wsadzić okno do środka. Spytał czy bierzemy dwa pozostałe, ale tylko się uśmiechnęliśmy i stwierdziłem, że jednak jedno nam wystarczy. Z jednej strony szkoda okien, ale z drugiej strony szkoda pleców. Samo życie. Wybory, wybory, wybory.
Okno udało się zrzucić na ogród z pomocą sąsiada, teraz czas na następny etap – rehabilitacje. Musze się wysuszyć i przez tydzień poleżeć.
